Dj czy Zespół? Starcie czas zacząć!

Są w dziejach świata konflikty, które trwać będą tak długo, jak ów świat istnieje. Polska vs. Rosja. Dobro vs. Zło, Real Madryt vs. Barcelona. I w końcu – Dj vs. Zespół. Konflikt tragiczny, potrafiący poróżnić rodziny, skłócić ludzi, którzy się kochają, wprowadzić zamęt lub wywołać wieczne wyrzuty sumienia, kiedy się źle wybrało.
Czas zatem konflikt ten wywlec na światło dzienne i przyjrzeć mu się z każdej strony. Uprzedzam jednak, że będzie to wpis stronniczy, subiektywny do szpiku kości i mogący sprawić, że już żaden szanujący się Zespół Weselny nie będzie chciał spojrzeć mi przychylnie w oczy… Ale dobra, dobra, bo wyprzedzam spostrzeżenia… Starcie czas rozpocząć!

Najpierw jednak rys historyczny. Jeszcze kilkanaście lat temu było nie do pomyślenia, aby polskie szanujące się wesele bujało się w rytm inny niż ten, który wygrywa weselna kapela. Scena, keyboard, z keyboard’a wystające przewody, na scenie Grażynka po szkole krawieckiej, która weekendami zaśpiewa nawet „szoł mast go łon”, wokół kilku Panów z wąsem – każdy rokujący niegdyś na gwiazdę rocka, ale życie chciało inaczej. Taki nasz polski folkrock.
O didżejach wtedy coś tam się słyszało, ale nikt nie brał ich na poważnie. A na pewno nie w kontekście wesela i weselnej zabawy. Mowa tu o czasach akordeonistów przed domem Panny Młodej i fotografów bez Lightrooma.
Lata mijały i pozycja didżejów na weselnej scenie rosła. Aż do dnia dzisiejszego, kiedy bez specjalnej kontrowersji można stwierdzić, że wyparli oni zespoły do mocnej defensywy. Teraz to zespół muzyczny stanowi rodzaj pewnej ślubnej awangardy.
Przez te lata jednak stereotyp zespołu weselnego też się zmienił. Na plus. Pojawiły się ciekawe cover bandy, które już nie tylko brzmią, ale i wyglądają. Zwiększył się ich repertuar, pojawiła się jakość i rozpoznawalny styl. Stąd właśnie konflikt ten jest dziś tak ciekawy.
Czas zatem na obiecane wielkie starcie. Zespół czy Didżej?



Runda I – i od razu kilka mocnych ciosów od didżeja, które lądują na szczęce każdego z członków zespołu. Pierwszy z nich o mało nie zakończył starcia już na początku pojedynku – finanse! Zatrudnienie didżeja bywa czasami nawet o połowę tańsze niż średni cenowo band. I nie mówię tutaj o didżejach – branżowych celebrytach, którzy bywają drożsi niż Maryla Rodowicz w czasach świetności. Średnia cena vs. średnia cena. Pamiętajmy, że didżej to jednoosobowa maszyna grająca. Kasa więc płynie wartkim nurtem do jednej kieszeni. Zespół natomiast kieszeni ma wiele. Wiele ma także żołądków z czego płynie finansowy argument nr 2. Argument, który pozwala zaoszczędzić często znacznie ponad tysiąc złotych. 1 zajęte miejsce przy stoliku vs. 5 zajętych miejsc. I ja wiem, że to może się wydawać śmieszne w kontekście budżetu na całe wesele, ale chcieliście argumentów więc je przytaczam.
Serię ciosów z I rundy kończy podbródkowy finansowy, za którym kryją się noclegi. Czasem zespół czy didżeja trzeba przenocować. Koszt pokoju ze śniadaniem – X zł. Koszt 5 noclegów ze śniadaniem – X zł razy 5. Grosz do grosza i…

Runda II – zespół przechodzi do ofensywy! Doskonała współpraca ringowa wszystkich członków zespołu dała skutek w postaci ciosu zwanego oryginalnym stylem. Dotyczy to nie tylko wyglądu i scenicznych zachowań całego bandu, które same w sobie stanowić mogą ślubną atrakcję. Oryginalne stroje, charyzmatyczny wokalista i w końcu – oryginalne brzmienie! Nowoczesny utwór zaaranżowany na folkową modłę, albo popowy kawałek zaśpiewany w lekko swingowym stylu. Didżej odtwarza – zespół kreuje. Ale musimy tu od razu stanąć wprawdzie i powiedzieć sobie jasno. Dobry zespół kreuje. Słaby zespół udaje, świruje, kaleczy, przekręca, gubi rytm, styl i nagłośnienie nie odda prawdziwego dźwięku gitary czy perkusji. Po to przecież chodzi się na koncerty.
Ale ciosy te, mimo że mocne, nie były w stanie zagrozić didżejom. Ich bas wdziera się prosto w angielskie słowa piosenek. Utwór śpiewany na żywo kryje w sobie niespodzianki, które mogą tańczącym parom plątać nogi na parkiecie. I didżej to wykorzystuje. Didżej przyjmuje powyższe ciosy na gardę i sam wyprowadza kontratak. Didżej na krótką chwilę przybiera twarz Jegomościa pokazując, że styl można mieć także wtedy, kiedy kręci się dyskami. I szybciutko zmienia się w Didżejów dwóch – Dostojnych, pokazując, że tradycyjne piosenki można zrobić w sposób awangardowy dodając solóweczkę na skrzypcach/altówce. Aby chwilę potem stać się Eventownią i zaprezentować wokal podłożony pod oryginalną ścieżkę dźwiękową. Ta seria ciosów zachwiała zespołem. Odesłała go do narożnika. Czas na rundę nr 3.



Runda III – kończą się żarty. Tutaj każdy cios może zakończyć pojedynek. Zespół ledwo dyszy, ale zdobywa się na serię prawych prostych. My – cios – lepiej – cios – brzmimy – cios – na – cios – żywo!!! Mocna seria, mocny argument i nie sposób się nie zgodzić. Nawet najlepszy sprzęt i płuc odbierając oddech. Nie gubią oryginalnego brzmienia piosenek, a do tego mogą tak dłużej!
To miał być didżejski cios na czwarta rundę, ale patrząc na kondycję zespołu – raczej do czwartej już nie dojdzie. Didżej nie potrzebuje tak wielu przerw, jak zespół. Parkiet nie stygnie, nogi raz po raz podrywają się do tańca.
Mocna szarża kolejnych ciosów – didżej zagra to co chcesz, nie ogranicza go repertuar. Bach! Didżej nie jest przywiązany do mikrofonu – może wyjść z Wami na parkiet i pokazać moonwalk, który trenował pół życia. Bach!
Didżej może lepiej reagować na parkietowe wydarzenia – kiedy widzi, że tłum szaleje od pierwszej do ostatniej nutki śp. Krzysztofa Krawczyka puszcza kolejne jego piosenki! Bach!
I cios ostatni, posyłający Zespół na deski – muzyka didżeja o 3 nad ranem brzmi tak samo rześko, jak ta puszczana o 18!
Koniec.
Zespół na deskach – didżej w stylu Danzela krzyczy do tłumu „pucz jo hens zap in di er”! Tłum wiwatuje!


A was zapraszam do dyskusji. Dajcie znać w komentarzach tutaj lub na Instagramie / Fejsbuku i napiszcie, że się mylę, że co ja tam wiem, że nic nie wiem! Że zespół jest lepszy, bo…

OBSERWUJ MNIE NA
INSTAGRAMIE​

[instashow columns="3"]